Rekonstrukcja historyczna to w opinii większości świata rozrywka, w której gromada podtatusiałych czterdziestolatków poprzebieranych w rozmaite mundury kompensuje sobie życiowe porażki bawiąc się w wojnę. Oczywiście trywialność takiego ujęcia ruchu rekonstrukcyjnego razi po oczach i może ona co najwyżej przewijac się przez głowy publicystów głównurtowych gazet.
Ruch rekonstrukcyjny zyskuje coraz więcej zwolenników, imprezy robią się coraz większe, odtwarza się nie tylko walki (które siłą rzeczy jako najbardziej spektakularny element imprez rekonstrukcyjnych najbardziej zostają w pamięci widzów), ale dąży się do pokazania zwykłego człowieka czasów minionych w typowym dla siebie otoczeniu - co można przyrównać do teorii doświadczenia historycznego Franklina Ankersmita, doświadczenia, dzięki któremu przełamujemy barierę czasu i stajemy oko w oko z naszym przodkiem.
Takie właśnie doświadczenie historyczne postanowił zapewnić swoim współmieszkańcom i wszystkim turystom prezydent Gdańska radośnie odtwarzając bramę Stoczni Gdańskiej(zlikwidowanej), z Orderem Sztandaru Pracy i ksywą niejakiego Uljanowa w nazwie.
Z jednej strony rodzi się zazdrość - za te pieniądze można by wystawić porządny poczet husarski, albo przynajmniej ze dwie sekcje wrześniowej piechoty (z bronią wsparcia). Niżej podpisany za podobny budżet pod egidą kilku przyjaciół współtworzy imprezę na ponad 400 rekonstruktorów, pojazdy, pirotechnikę, itd. A tutaj ktoś był w stanie rzucić tyle grosza na jeden obiekt.
warszawska Pracownia Mikromodelarstwa i Historii Wojskowości zbudowała dioramę ataku na kopalnię Wujek w 1981 roku, "Wiodący Tytuł Prasowy" (copyright by Marcin Brixen) piórem swojego publicysty Romana Pawłowskiego grzmiał:
Model wykonany wielkim nakładem sił w warszawskiej pracowni z całym szacunkiem dla intencji jego twórców wcale nie zbliża nas do tragedii Wujka, przeciwnie, oddala i zamienia ją w zabawę. Śmierć pomniejszona w skali 1:100 już nie robi wrażenia, staje się grą. Z podobnych przyczyn nie wyobrażam sobie makiety przedstawiającej egzekucję polskich oficerów w Katyniu, choć niewątpliwie miałaby ona wielkie powodzenie wśród młodzieży.
Poza tym zastanawiam się, czy nie warto by pójść dalej. Np. Plac Marszałka Piłsudskiego w Warszawie nosił kiedyś zaszczytną nazwę Adol Hitler Platz, więc skoro chcemy pokazać "gigantyczny chichot historii", może również wrócimy do tej nazwy i stosownej dekoracji placu (przy okazji można by odbudować Pałac Saski). Jeszcze ciekawszym pomysłem było by przywrócenie gmachowi MEN przy al. Szucha 25 w Warszawie funkcji, jaką pełnił w latach 1939-1945.
Publicysta warszawskiego oddziału GW pisał doktoryzując się nad makietą "Wujka"
Są rzeczy, które można zrozumieć tylko w skali jeden do jednego
Panie Redaktorze Kochany! Rozumiem, nie należy bawić się makietki, ale działać niczym prezydent Gdańska. Jeden do jednego!



Słowo "trywialny" - przypomnę - znaczy, w pierwotnym znaczeniu, "podstawowy dla wszystkich", i przez to "oczywisty"; to tylko uzus językowy każe nam traktować "trywialny" jako synonim "stereotypowy", skąd już blisko do "fałszywy". Tymczasem to, że przywołane przez Pana spostrzeżenie jest trywialne, nie przeczy, że jest ono jak najbardziej prawidziwe - i w swej prawdziwości tak oczywiste, że właśnie trywialne. A za argument, że tak jest, mogą posłużyć Pana własne słowa:
"ale dąży się do pokazania zwykłego człowieka czasów minionych w typowym dla siebie otoczeniu - co można przyrównać do teorii doświadczenia historycznego Franklina Ankersmita, doświadczenia, dzięki któremu przełamujemy barierę czasu i stajemy oko w oko z naszym przodkiem."
W tych słowach zawiera się clou całej naiwności pasjonatów "historycznej rekonstrukcji", serio* wyobrażających sobie, że dzięki przebraniu się w historyczne stroje, czy opanowaniu kilku dawnych technik produkcji narzędzi, sporządzania żywności itd., są w stanie - jak to Pan ujął - "przełamać barierę czasu i stanąć oko w oko z naszym przodkiem". Niestety, wielu historykom często brakuje rudymentów wiedzy w zakresie teorii poznania historycznego - bo gdyby je mieli, nie opowiadaliby o przenosinach w czasie, stanięciu oko w oko z naszym przodkiem, wejściu w jego skórę; i proszę mi nie mówić, że to tylko przenośnie - te przenośnie są dość serio traktowane przez samych rekonstruktorów.
Takie przenosiny w czasie, takie bezpośrednie obcowanie z przeszłością, to rzecz niemożliwa z racji zasadniczych, tj. z racji tego, że nasze poznanie przeszłości jest - i nie może być inaczej - historyczne, zapośredniczone, o żadnym poznanu przy przełamaniu bariery czasu i ominięciu pośrednictwa żródła nie ma mowy.
Dalej - jak można serio wyobrażać sobie, że ludzie wejdą na moment w tryb życia, a tym bardziej w odczucia swoich przodków, kiedy wiadomo, że zawsze i w każdym momencie mogą z realiów np. XV wieku przenieść się do wieku XXI? Czy można - tak naprawdę - jeść jak jedli ludzie w XV wieku, kiedy się przyjechało na imprezę rekonstrukcyjną będąc wykarmionym dietą współczesną, co więcej, wiedząc o tym, że jeśli żywieniowe obyczaje XV wieku się znudzą, w każdej chwili można wrócić do jedzenia współczesnego? A czy ludzie odgrywający wydarzenia z XVII wieku unikają kąpieli tak z pół roku przed imprezą rekonstrukcyjną (że nie wspomnę o wyhodowaniu sobie wszy)? Zresztą, nawet gdyby unikali, to i tak nie poczują się, pod względem higieny, tak jak ludzie w XVII wieku.
Maskaradowy charakter "historycznych rekonstrukcji" najbardziej widać w rekontrukcjach bitew. Jak można pretendować do "odtwarzania" bitew, kiedy nie ma w rekonstrukcjach tego, co jest esencją wojny, to jest zabijania, krwi, bólu? A na wypadek zranienia czy upadku czeka w pogotowiu lekarz (jak najbardzej współczesny, nie "rekonstruowany"). Tzw. "rekonstrukcja historyczna" bitew zasługuje co najwyżej na miano sportowej szermierki w historycznych przebraniach.
* albo serio, albo jako pretekst - jakże podniosły - dla uprawiania rozrywki